wersja polska English version German version Atra
 
 
wizytówka
 
Zera na koncie

Krzysztof Frydrychowicz
10 maja 2004
(Nr 19/2004)

Powodzenie emisji akcji Google Inc. może spowodować w świecie finansów nie mniejszą rewolucję od tej, którą firma wywołała, udostępniając w Internecie swoją słynną wyszukiwarkę.

Mimo że słówko "google" codziennie miliony razy jest wpisywane do przeglądarek internetowych, firma stojąca za najpopularniejszym na świecie mechanizmem przeszukującym zasoby Internetu przez długi czas pozostawała na marginesie zainteresowania mediów. Sytuacja radykalnie się zmieniła w ciągu ostatnich tygodni. Światowe gazety - od pism branży technicznej, przez magazyny dla finansistów, kończąc na prasie popularnej - rozpisują się o spółce, której nazwa stała się synonimem Internetu.

Najpierw o Google zrobiło się głośno za sprawą systemu darmowej poczty elektronicznej Gmail, budzącego opór wśród obrońców prywatności w sieci. Ostatnio zaś w związku z planowaną niekonwencjonalną emisją akcji Google Inc. na Google zwrócone są oczy bankierów i przedsiębiorców, którzy mają nadzieję, że sukces tej firmy na dłużej poprawi klimat wokół branży hi-tech.

Akcje na aukcji

Do optymizmu skłaniają inwestorów doskonałe wyniki finansowe podane przez takie tuzy Internetu, jak Yahoo!, Amazon.com czy eBay. Po trzech latach głębokiego kryzysu zaufania do branży internetowej powoli odradza się wiara, że na e-biznesie można jednak zarobić. Głód sukcesu jest ogromny, trudno więc wyobrazić sobie lepszy moment na debiut giełdowy. Analitycy stosują różne metody wyceny spółek przed rozpoczęciem sprzedaży ich akcji. O Google mówi się, że przy najbardziej optymistycznym scenariuszu wartość firmy po emisji publicznej może przekroczyć 50 mld USD, co odpowiada mniej więcej dwukrotnej kapitalizacji General Motors!

Ze sprzedaży akcji Google spodziewa się - co zdaniem specjalistów nie powinno być problemem - pozyskać co najmniej 2,7 mld USD. Równie dobrze może to być jednak 4 mld USD, a nawet 6 mld USD.

Larry Page i Sergiej Brin, założyciele Google Inc. Od roku 2000 dyrektorem generalnym firmy jest Eric Schmidt, były prezes Novella.
Ambicje szefów firmy wykraczają poza przeprowadzanie najbardziej zyskownej emisji ostatnich lat. Stawką jest stworzenie podwalin nowego systemu publicznej sprzedaży papierów wartościowych. Akcje Google będą sprzedawane w formie aukcji internetowej. W przeszłości przeprowadzano już emisje w podobny sposób, ale nigdy dotąd na tak wielką skalę. Droga obrana przez Google jest interpretowana jako cios wymierzony w establishment z Wall Street, wielkich brokerów i banki inwestycyjne, które zostaną pozbawione bonusów towarzyszących wielkim emisjom. Jak to trafnie ujął jeden z publicystów, w modelu, na który zdecydowała się Google, bardziej niż wsparcie banku inwestycyjnego przyda się doświadczenie serwisu aukcyjnego eBay.

Kierownictwu Google chodzi o zapewnienie równego traktowania inwestorów indywidualnych i wielkich instytucji działających na rynkach kapitałowych. Założyciele Google przy każdej okazji podkreślają, że zależy im, aby wszyscy zainteresowani mogli nabyć akcje firmy . W latach hossy internetowej banki zaangażowane w emisje akcji dotcomów zarabiały krocie, oferując papiery wartościowe wybranym inwestorom po cenach gwarantujących ogromny i szybki zysk. W tym przypadku mali i duzi inwestorzy będą kupować akcje bezpośrednio od Google - nie będzie żadnych preferencji dla instytucji finansowych.

Nie tylko sposób sprzedaży akcji odbiega od standardów przyjętych na rynkach kapitałowych. Google zamierza wyemitować dwa rodzaje akcji, dające ich posiadaczom radykalnie różne uprawnienia. Tylko obecni akcjonariusze obejmą uprzywilejowane akcje, zapewniając im niczym nieograniczony wpływ na dalsze losy spółki. Posiadacze akcji drugiego typu nie mają szans nawet na symboliczną kontrolę zarządu. Pozostaje im liczyć na wzrost wartości spółki i ewentualną dywidendę oraz wierzyć, że szefostwo Google nie popełni katastrofalnego błędu.

W liście do przyszłych inwestorów, który nazwano "Instrukcją obsługi dla akcjonariuszy", założyciele Google zapewniają - a może raczej ostrzegają - przyszłych akcjonariuszy, że nie będą stosować praktyk właściwych wielkim korporacjom giełdowym. "Chcemy dalej realizować cele długoterminowe, nie poddając się dyktatowi kwartalnych i rocznych sprawozdań finansowych" - deklarują.

Taka retoryka trafia na podatny grunt w kraju, w którym wskutek oszustw księgowych legły w gruzach wielkie imperia gospodarcze.

Legenda Doliny

Przedsiębiorstwem Google Inc. rządzą jego założyciele: Larry Page i Siergiej Brin, obecnie 30-latkowie. Pierwszy odpowiada za coraz bogatszą ofertę produktową Google, drugi - urodzony w Moskwie - za technologię. Wokół firmy założonej przez nich w 1998 r. powstała już legenda, jakich wiele w Dolinie Krzemowej.

Page i Brin poznali się na studiach doktoranckich na Uniwersytecie Stanforda (uczelnia do dzisiaj jest udziałowcem ich firmy).

Za pożyczony milion dolarów w 1998 r. dokończyli projekt mechanizmu przeszukującego strony internetowe. Z serwera zamontowanego w przedmiejskim garażu korzystało początkowo ok. 10 tys. internautów. Obecnie rozległa sieć tysięcy serwerów linuxowych obsługujących serwisy Google każdego dnia odpowiada na 200 mln zapytań. Firma zatrudnia prawie 2 tys. osób, a wśród nich Erica Schmidta, weterana branży IT, byłego szefa Novella, który od 2001 r. pełni funkcję dyrektora generalnego.

Przez długi czas kondycja finansowa Google była pilnie strzeżoną tajemnicą. Wyniki ujawnione przy okazji składania dokumentacji do komisji papierów wartościowych zaskoczyły analityków. Okazało się, że Google jest nadspodziewanie dobrze prosperującym biznesem. Przychody firmy wyniosły w ub.r. prawie 1 mld USD, a zysk netto przekracza 100 mln USD. W ostatnim kwartale Google zarobiła na czysto 60 mln USD. Firma z zaledwie sześcioletnim stażem ma oszczędności w gotówce ok. 0,5 mld USD.

Google zarabia prawie wyłącznie na sprzedaży reklam. Kluczem do sukcesu jest powiązanie treści zapytania z wyświetlaną na monitorze reklamą. Jeśli internauta w zapytaniu użyje określonych słów kluczowych np. "hotele Warszawa", obok wyników przeszukiwania pojawią się sponsorowane linki odsyłające do stron agencji turystycznych, sieci hotelowych itp. Google nie wymyśliła tego modelu biznesowego, ale opanowała go do perfekcji. Do firmy zgłaszają się dziesiątki tysięcy usługodawców z całego świata, dla których obecność w najpopularniejszej wyszukiwarce ma większą wagę niż znalezienie się w lokalnej książce telefonicznej. Google stara się sprostać popytowi, otwierając sieć międzynarodowych biur sprzedaży. Wyszukiwarka Google działa w 97 wersjach językowych, gdyż przeszło połowa wszystkich zapytań pochodzi spoza USA.

Czy Google może się nie udać?

Wiara założycieli firmy w swoją intuicję i nieomylność może już wkrótce zostać zweryfikowana przez konkurencję. Bo nawet jeśli trudno w to uwierzyć, Google ma konkurentów i to bardzo silnych.

Na popularność Google z zazdrością spoglądają dwaj konkurencji - Yahoo! i Microsoft, do którego należą internetowe serwisy MSN. Obie firmy zainwestowały w sumie ponad 2 mld USD na poszukiwanie nowych sposobów przeszukiwania zasobów Internetu. Bo choć Google bezsprzecznie najlepiej radzi sobie z odnajdywaniem poszukiwanych przez internautów treści, nikt nie powie, że mechanizm wymyślony przez Page'a i Brina jest doskonały (o tendencjach rozwojowych w dziedzinie mechanizmów przeszukujących serwery internetowe pisaliśmy szerzej w CW 16/2004 z 19 kwietnia). Coraz częściej mówi się, że przyszłość należy do katalogów branżowych, których przeszukiwanie gwarantuje lepszą trafność odpowiedzi.

Sytuacja między trzema rywalami dodatkowo się zaostrzyła, kiedy Google przedstawiła plany uruchomienia darmowej poczty elektronicznej Gmail, konkurencyjnej wobec Yahoo Mail i MSN Hotmail. Jej użytkownicy mieliby do dyspozycji powierzchnię dyskową o pojemności 1 GB, z gwarancją wieczystego przechowywania całości swojej korespondencji na serwerach Google. Od użytkowników Google oczekuje tylko drobnej przysługi - treść e-maili będzie automatycznie skanowana w poszukiwaniu słów kluczowych, którym można by przyporządkować reklamę.

Nazwa firmy Google pochodzi od matematycznego terminu Googol oznaczającego liczbę 10 do potęgi 100, czyli 1 i sto zer. Ile zer przybędzie na kontach założycieli Google Inc., okaże się w ciągu kilku miesięcy, gdy ruszy publiczna emisja akcji, najbardziej oczekiwane wydarzenie giełdowe w USA od początku dekady.


2 718 281 828 USD - tyle pieniędzy chce pozyskać Google dzięki publicznej emisji akcji. Suma ta nie jest przypadkowa... Jest to iloczyn liczby "e" i 1 mld USD, gdzie "e" jest podstawą logarytmów naturalnych. W przybliżeniu liczba ta wynosi właśnie 2718281828.

Akcje po holendersku
  • Szczegóły przebiegu aukcji internetowej nie zostały jeszcze ujawnione. Wiadomo jednak że banki współpracujące z Google od miesięcy tworzą system informatyczny na potrzeby emisji.

  • Prawdopodobnie ze stron internetowych Google zainteresowani inwestorzy będą pobierać cyfrowe identyfikatory uprawniające do udziału w aukcji. Można przypuszczać, że inwestorzy będą zobowiązani do zdeponowania na koncie brokera sumy odpowiadającej wartości ich oferty.

  • Aukcja zostanie przeprowadzona w tzw. modelu holenderskim. Jej uczestnicy będą deklarować, ile akcji i po jakiej cenie gotowi są kupić. Jeśli uczestnik zaoferuje zbyt wysoką kwotę, jego oferta zostanie uznana za spekulacyjną i będzie odrzucona. W trakcie aukcji spółka będzie informować na bieżąco - na podstawie danych o popycie ze strony inwestorów - o oczekiwanym przedziale cenowym akcji. Opierając się na tym, inwestorzy będą mogli ponawiać oferty przez cały czas trwania aukcji .

  • Aukcja może trwać nawet kilka tygodni. Na jej zakończenie Google ogłosi ostateczną cenę i liczbę wyemitowanych akcji, a ewentualnie, w przypadku zbyt wielkiego popytu, poziom redukcji zamówień.
 
 
  Wyróżnienia w tekście wprowadzone przez ATRA.


 
 
© 2001 - 2004 Atra Sp. z o.o. ostatnia aktualizacja: 21-05-2004 info@atra.pl