Powodzenie emisji akcji Google Inc. może spowodować w świecie finansów nie mniejszą rewolucję od tej, którą firma wywołała, udostępniając w Internecie swoją słynną wyszukiwarkę.
Mimo że słówko "google" codziennie miliony razy jest wpisywane do
przeglądarek internetowych, firma stojąca za najpopularniejszym na
świecie mechanizmem przeszukującym zasoby Internetu przez długi czas
pozostawała na marginesie zainteresowania mediów. Sytuacja radykalnie
się zmieniła w ciągu ostatnich tygodni. Światowe gazety - od pism
branży technicznej, przez magazyny dla finansistów, kończąc na prasie
popularnej - rozpisują się o spółce, której nazwa stała się synonimem
Internetu.
Najpierw o Google zrobiło się głośno za sprawą systemu darmowej
poczty elektronicznej Gmail, budzącego opór wśród obrońców prywatności
w sieci. Ostatnio zaś w związku z planowaną
niekonwencjonalną emisją
akcji Google Inc. na Google zwrócone są oczy bankierów i
przedsiębiorców, którzy mają nadzieję, że sukces tej firmy na dłużej
poprawi klimat wokół branży
hi-tech.
Akcje na aukcji
Do optymizmu skłaniają inwestorów doskonałe wyniki finansowe podane
przez takie tuzy Internetu, jak Yahoo!, Amazon.com czy eBay. Po trzech
latach głębokiego kryzysu zaufania do branży internetowej powoli
odradza się wiara, że na e-biznesie można jednak zarobić. Głód sukcesu
jest ogromny, trudno więc wyobrazić sobie lepszy moment na debiut
giełdowy. Analitycy stosują różne metody wyceny spółek przed
rozpoczęciem sprzedaży ich akcji. O Google mówi się, że przy
najbardziej optymistycznym scenariuszu wartość firmy po emisji
publicznej może przekroczyć 50 mld USD, co odpowiada mniej więcej
dwukrotnej kapitalizacji General Motors!
Ze sprzedaży akcji Google spodziewa się - co zdaniem specjalistów
nie powinno być problemem - pozyskać co najmniej 2,7 mld USD. Równie
dobrze może to być jednak 4 mld USD, a nawet 6 mld USD.
Ambicje szefów firmy wykraczają poza przeprowadzanie najbardziej zyskownej
emisji ostatnich lat. Stawką jest stworzenie podwalin nowego systemu
publicznej sprzedaży papierów wartościowych.
Akcje Google będą
sprzedawane w formie aukcji internetowej. W przeszłości przeprowadzano
już emisje w podobny sposób, ale nigdy dotąd na tak wielką skalę. Droga
obrana przez Google jest interpretowana jako cios wymierzony w
establishment z Wall Street, wielkich brokerów i banki inwestycyjne,
które zostaną pozbawione bonusów towarzyszących wielkim emisjom. Jak to
trafnie ujął jeden z publicystów, w modelu, na który zdecydowała się
Google, bardziej niż wsparcie banku inwestycyjnego przyda się
doświadczenie serwisu aukcyjnego eBay.
Kierownictwu Google chodzi o
zapewnienie równego traktowania
inwestorów indywidualnych i wielkich instytucji działających na rynkach
kapitałowych. Założyciele Google przy każdej okazji podkreślają, że
zależy im,
aby wszyscy zainteresowani mogli nabyć akcje firmy . W latach
hossy internetowej banki zaangażowane w emisje akcji dotcomów zarabiały
krocie, oferując papiery wartościowe wybranym inwestorom po cenach
gwarantujących ogromny i szybki zysk. W tym przypadku mali i duzi
inwestorzy będą kupować akcje bezpośrednio od Google - nie będzie
żadnych preferencji dla instytucji finansowych.
Nie tylko sposób sprzedaży akcji odbiega od standardów przyjętych
na rynkach kapitałowych. Google zamierza wyemitować dwa rodzaje akcji,
dające ich posiadaczom radykalnie różne uprawnienia. Tylko obecni
akcjonariusze obejmą uprzywilejowane akcje, zapewniając im niczym
nieograniczony wpływ na dalsze losy spółki. Posiadacze akcji drugiego
typu nie mają szans nawet na symboliczną kontrolę zarządu. Pozostaje im
liczyć na wzrost wartości spółki i ewentualną dywidendę oraz wierzyć,
że szefostwo Google nie popełni katastrofalnego błędu.
W liście do przyszłych inwestorów, który nazwano "
Instrukcją obsługi dla akcjonariuszy",
założyciele Google zapewniają - a może raczej ostrzegają - przyszłych
akcjonariuszy, że nie będą stosować praktyk właściwych wielkim
korporacjom giełdowym. "
Chcemy dalej realizować cele długoterminowe, nie poddając się dyktatowi kwartalnych i rocznych sprawozdań finansowych" - deklarują.
Taka retoryka trafia na podatny grunt w kraju, w którym wskutek oszustw księgowych legły w gruzach wielkie imperia gospodarcze.
Legenda Doliny
Przedsiębiorstwem Google Inc. rządzą jego założyciele: Larry Page i
Siergiej Brin, obecnie 30-latkowie. Pierwszy odpowiada za coraz
bogatszą ofertę produktową Google, drugi - urodzony w Moskwie - za
technologię. Wokół firmy założonej przez nich w 1998 r. powstała już
legenda, jakich wiele w Dolinie Krzemowej.
Page i Brin poznali się na studiach doktoranckich na Uniwersytecie Stanforda (uczelnia do dzisiaj
jest udziałowcem ich firmy).
Za pożyczony milion dolarów w 1998 r. dokończyli projekt mechanizmu
przeszukującego strony internetowe. Z serwera zamontowanego w
przedmiejskim garażu korzystało początkowo ok. 10 tys. internautów.
Obecnie rozległa sieć tysięcy serwerów linuxowych obsługujących serwisy
Google każdego dnia odpowiada na 200 mln zapytań. Firma zatrudnia
prawie 2 tys. osób, a wśród nich Erica Schmidta, weterana branży IT,
byłego szefa Novella, który od 2001 r. pełni funkcję dyrektora
generalnego.
Przez długi czas kondycja finansowa Google była pilnie strzeżoną
tajemnicą. Wyniki ujawnione przy okazji składania dokumentacji do
komisji papierów wartościowych zaskoczyły analityków. Okazało się, że
Google jest nadspodziewanie dobrze prosperującym biznesem. Przychody
firmy wyniosły w ub.r. prawie 1 mld USD, a zysk netto przekracza 100
mln USD. W ostatnim kwartale Google zarobiła na czysto 60 mln USD.
Firma z zaledwie sześcioletnim stażem ma oszczędności w gotówce ok. 0,5
mld USD.
Google zarabia prawie wyłącznie na sprzedaży reklam. Kluczem do sukcesu
jest powiązanie treści zapytania z wyświetlaną na monitorze reklamą.
Jeśli internauta w zapytaniu użyje określonych słów kluczowych np.
"hotele Warszawa", obok wyników przeszukiwania pojawią się sponsorowane
linki odsyłające do stron agencji turystycznych, sieci hotelowych itp.
Google nie wymyśliła tego modelu biznesowego, ale opanowała go do
perfekcji. Do firmy zgłaszają się dziesiątki tysięcy usługodawców z
całego świata, dla których obecność w najpopularniejszej wyszukiwarce
ma większą wagę niż znalezienie się w lokalnej książce telefonicznej.
Google stara się sprostać popytowi, otwierając sieć międzynarodowych
biur sprzedaży. Wyszukiwarka Google działa w 97 wersjach językowych,
gdyż przeszło połowa wszystkich zapytań pochodzi spoza USA.
Czy Google może się nie udać?
Wiara założycieli firmy w swoją intuicję i nieomylność może już
wkrótce zostać zweryfikowana przez konkurencję. Bo nawet jeśli trudno w
to uwierzyć, Google ma konkurentów i to bardzo silnych.
Na popularność Google z zazdrością spoglądają dwaj konkurencji -
Yahoo! i Microsoft, do którego należą internetowe serwisy MSN. Obie
firmy zainwestowały w sumie ponad 2 mld USD na poszukiwanie nowych
sposobów przeszukiwania zasobów Internetu. Bo choć Google bezsprzecznie
najlepiej radzi sobie z odnajdywaniem poszukiwanych przez internautów
treści, nikt nie powie, że mechanizm wymyślony przez Page'a i Brina
jest doskonały (o tendencjach rozwojowych w dziedzinie mechanizmów
przeszukujących serwery internetowe pisaliśmy szerzej w CW 16/2004 z 19
kwietnia). Coraz częściej mówi się, że przyszłość należy do katalogów
branżowych, których przeszukiwanie gwarantuje lepszą trafność
odpowiedzi.
Sytuacja między trzema rywalami dodatkowo się zaostrzyła, kiedy
Google przedstawiła plany uruchomienia darmowej poczty elektronicznej
Gmail, konkurencyjnej wobec Yahoo Mail i MSN Hotmail. Jej użytkownicy
mieliby do dyspozycji powierzchnię dyskową o pojemności 1 GB, z
gwarancją wieczystego przechowywania całości swojej korespondencji na
serwerach Google. Od użytkowników Google oczekuje tylko drobnej
przysługi - treść e-maili będzie automatycznie skanowana w poszukiwaniu
słów kluczowych, którym można by przyporządkować reklamę.
Nazwa firmy Google pochodzi od matematycznego terminu Googol
oznaczającego liczbę 10 do potęgi 100, czyli 1 i sto zer. Ile zer
przybędzie na kontach założycieli Google Inc., okaże się w ciągu kilku
miesięcy, gdy ruszy publiczna emisja akcji, najbardziej oczekiwane
wydarzenie giełdowe w USA od początku dekady.